11 Prawda

Kochani! Przepraszam najmocniej za tak długie opóźnienie.
Macie za to trochę dłuższy rozdział.
Czekam na waszą opinię.
Poza tym jak tam mijają u Was wakacje? 
U mnie cudownie!
xxx Melete
Ps. Czy tylko u mnie jest tak gorąco?


Otwieram nagle oczy i rozglądam się nieprzytomnie. Mogłabym przysiąść, że ktoś mnie wołał. Pewnie to znów jeden z koszmarów. Ostatnio coraz częściej mi się one śnią. Niestety. Przykrywam się szczelniej płaszczem, kt óry dała mi Rose. Próbuję wrócić do snu, który ostatnio jest mi bardzo potrzebny.
Słyszę szelest gałęzi i od razu podnoszę się z sztyletem w pogotowiu. Gdy widzę jednak charakterystyczne wilcze uszy, rozluźniam się i siadam z powrotem na ziemie.
-Hej Rose- witam ją a ona po chwili staję przede mną w swojej ludzkiej postaci.
-Cześć! Obudziłam cię?- W jej oczach pojawiła się troska. Kręcę głową i uśmiecham się.
-Nie… Wszystko jest porządku. Kiedy ruszamy?
-Zaraz jak dojdziesz do siebie.
Odpowiada i znika znów w zaroślach. Wyciągam się aż mi w kościach strzyknęło i wstaję. Od stracenia kontaktu z Artemidą minęły już dwa dni. Podczas nich musiałam całkowicie zaufać Rose. To dzięki niej miałam coś do jedzenia i picia. Nie mówiąc, że chroniła mnie przed wszystkimi niebezpieczeństwami.
Na moim ramieniu ląduję sowa. Podskakuję zaskoczona a potem uśmiecham się i głaszczę ją po łepku.
-Wiesz, co Rose jesteś bardzo łasa na pochwały.- Mówię do ptaka a on rozkłada swoje piękne duże skrzydła i zbija się w przestworza. Gdy na nią patrzyłam poczułam uścisk w żołądku. Tak bardzo tęskniłam za Pegazem. Za tym podmuchem powietrza i adrenaliną, gdy byłam bardzo wysoko. Ciepło jego ciała i podmuch chrap. Tak bardzo chciałabym go znów spotkać.
Próbuję nie spuszczać wzroku ze Rose, chociaż jest to bardzo trudne. Ma z decydowanie za dużo energii. Ignoruję gałązki, które boleśnie kłują mnie w nogi. Jestem już na to uodporniona.
Las o tej porze dnia jest cudowny. Pierwsze promienia słońca nieśmiało zakładają przez konary drzew a wszystko jeszcze śpi. Jestem z tego powodu szczęśliwa. Gdy ostatnio wpadłam na żabę lub innego płaza to po prostu popłakałam się na miejscu.
Od dwóch dni próbujemy wrócić do pałacu. Nie wiedziałam, że razem z Pegazem aż tak się oddaliśmy od niego. Latając to inaczej się czuję.
Wędrujemy tak przez pół dnia a moim zdaniem nic a nic się zmieniło w krajobrazie. Siadamy przed strumykiem a ja piję łapczywie z niego wodę. To takie dziwne, że spokojnie mogę sobie pić wodę z strumyka i się nie rozchoruję! Te czasy są pod jakimś względem cudowne.
-Jesteśmy już blisko- mówi Rose.
-Ile?
-Trzy godziny. Może więcej… Tak się cieszę!- Patrzę na nią zaciekawiona- Nigdy nie byłam w pałacu! Nie mogę się doczekać.
Uśmiecham się. Szybko jej się znudzi. Wstaję. Ulżyło mi. Trzy godziny w porównaniu z tymi dwoma dniami to nic! Uśmiecham się i po jakimś czasie ruszamy w dalszą drogę.
Tak się cieszę. Jestem coraz bliżej zamku, czyli coraz bliżej Juliana. Nareszcie mi wytłumaczy wszystko. Poznam prawdę.
Po kilku godzinach widać już zarysy pałacu. Wydaję okrzyk radości. Już jesteśmy tak blisko! Przed ogrodami zatrzymuję się. Rose w postaci wilka staję obok mnie i patrzy na mnie swoimi złotymi oczami. Trąca mnie nosem a ja kucam i mówię do niej.
-Rose… Chyba nie możesz już dalej iść. Przykro mi…
Dziewczyna od razu zmienia się z powrotem w człowieka i patrzy na mnie urażona.
-Jak to nie mogę? Bo co niby?- Wiem już, że tak łatwo się nie da.
-Rose nie wiem jak oni zareaguję na wilka! Tylko tyle… Poza tym nie wiem jak też zareagują na człowieka. Więc…
-Mam pomysł!- Krzyczy. Zamyka oczy. Po chwili widzę przed sobą mieszańca.
-Genialnie!- Wykrzykuję- Psa na pewno przyjmą, ale obiecaj, że nie zmienisz się bez mojej zgody. Dobrze?
Szczęka a ja z uśmiechem wkraczam do ogrodów. Przeszłam tylko kilka kroków a otoczyło mnie już pełno strażników. Krzyknęłam zaskoczona a Rose zawarczała.
-Nie ruszać się. Podaj swoją tożsamość- słyszę donośny męski głos. Jeden z strażników dał mi pod szyję włócznie, co wcale nie pomogło mi się skupić. Nie tak wyobrażałam sobie powrót!
-Jestem Elpida…- zaczynam cichym głosem, kiedy słyszę moje imię.
-Elpida!-Odwracam się i widzę króla idącego w moją stronę. Omija bez problemu strażników i podchodzi do mnie. W jego oczach widzę radość. On się cieszy z mojego powodu? Uśmiecha się i patrzy zły na otaczających ich mężczyzn.- Jak śmiecie tak traktować księżniczkę?
-Dostaliśmy rozkaz by nie wpuszczać nikogo bez pozwolenia.- Odparł spokojnie jeden z nich.
-Nawet księżniczkę?- Pyta lodowatym tonem Król. Na to oni nie wiedzą, co odpowiedzieć. Nie zwracając na nich uwagi omija ich. Wiem, że mam za nim iść. Wołam Rose i razem wchodzimy do zamku. Kierujemy się do sali tronowej. Król siada na swoim tronie i wskazuje mi drugi. Zaskoczona patrzę na siedzenie. Przecież tam siedzi królowa! No cóż raz kozie śmierć. Siadam i patrzę wyczekująco na króla. Uśmiecha się do mnie.
-Wiesz ile strachu nam napędziłaś Elpido?
-Pewnie dużo- odpowiadam. Król śmieje się a ja coraz bardziej go lubię.
-Tak bardzo. Twoja matka chcę cię zabić. Wiesz, jaka ona potrafi być…- po tym, co zobaczyłam za pierwszym razem to tak.- A poza tym Julian wychodził ze skóry by cię znaleźć.
-Julian?- Czuję wyrzuty sumienia. To jasne, że musiał się martwić. Słyszę warczenie. Odwracam się i widzę Rose, która przy moich nogach warczy i szczęka na króla. Zaskoczona patrzę na Rose. Głaszczę ją po głowie. Uspokaja się trochę, ale nadal patrzy nie ufnie. Co jej się nagle stało?- Przepraszam za nią. Przeważnie taka nie jest.
-Rozumiem- przez twarz króla przebiega cień.- Jeśli chodzi o ciebie. To wszystko z tobą w porządku?
Po tych wszystkich zdarzeniach mam ochotę zaprzeczyć. Czuję się paskudnie. Prawie, co nie umarłam a do tego przeze mnie Artemida mogła coś sobie zrobić. Jednak uśmiecham się.
-Tak, wszystko w porządku.
Odwzajemnia uśmiech. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę a potem mogłam już wrócić do pokoju. Wchodzę do mojej sypialni i zamykam drzwi.
-Rose, co ci odbiło?- Pytam się a dziewczyna po chwili zmienia się w człowieka.
-Nie ufam im. Tu dziwnie pachnie. Bardzo dziwnie. Nie podoba mi się tutaj.- Widzę wstręt malujący się jej na twarzy. Dziwnie pachnie? Wącham, ale czuje tylko to, co na podwórku.
-Jesteś pewna?- Pytam. Kiwa głową.
-Na sto procent. Nie ufaj proszę tutaj nikomu. Błagam.
Jej słowa mnie przeraziły. Nie ufać nikomu? Czemu? Zgadzam się jednak z nią. Co mogło ją tak zaniepokoić? Słyszę pukanie do drzwi. Podchodzę do nich i je otwieram. W drzwiach stoi służący. Gestem każe mi iść za nim. Idę a chwilę później dołącza do nas Rose. Wychodzimy znów na podwórko. Służący kłania się nisko i wychodzi zostawiając nas same. Podchodzę do fontanny i siadam na krawędzi. W głowie ciągle chodziły mi słowa Rose. Nagle słyszę tupot kopyt. Podrywam się i widzę Pegaza.
-Pegaz!- Krzyczę i podbiegam do niego. Przytulam się do jego szyi i wtulam w jego śnieżnobiałą grzywę. Parska i trąca mnie pyskiem. Tak bardzo za nim tęskniłam.- Jesteś cały?
Zarżał i rozprostował swoje piękne, wielkie skrzydła. Zaśmiałam się i pogłaskałam go po głowie. Pegaz tupie prawym kopytem o ziemię. Zdziwiona przyglądam się tej nodze. Czy coś sobie zrobił? Jednak do nogi jest tylko przyczepiony list. Odwiązuję go i zaczynam czytać.
Droga Elpido
Z tej strony Artemida. Jestem cała i zdrowa. Nie chciałam się z tobą spotykać by nie narobić ci problemów. Bądź ostrożna. Jeśli będziesz mnie potrzebowała użył proszę tej piszczałki.
Z całym szacunkiem Artemida.

Żyję! Czyli nic się jej nie stało! Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam na piszczałkę dołączoną w liście. Była mała, zrobiona ze złota. Schowałam ją do kieszeni i poklepałam Pegaza po boku.
-Dobrze się spisałeś. Jesteś genialny.- Zarżał uradowany. Rose trąca mnie noskiem. Patrzę na nią a ona wskazuje list trzymany w mojej dłoni. Podsuwam go jej a ona szybko go czyta. Potem patrzy na mnie i kiwa głową. Uznałam to za dobry znak. Uśmiechnęłam się i list również schowałam do kieszeni.
Rose zaczyna warczeć. Patrzę w tym kierunku. Pegaz rozprostowuje skrzydła i odlatuję. Biorę to wszystko za bardzo złe znaki. Zamiast jednak jakiegoś potwora widzę tylko Juliana. Uśmiecham się i rozluźniam. Czego nie można powiedzieć po Rose. Dostała jakiegoś ataku. Zaczęła szczekać. Kucam obok niej.
-Rose, Rose. Jest Okej. Wszystko dobrze!- Szepcę jej na ucho. Ona patrzy na mnie a w jej oczach widzę strach. Nie możliwe, żeby bała się Juliana!
Podchodzi do mnie a ja tonę w jego ciepłym uścisku. Jest mi tak przyjemnie. Uśmiecham się pod nosem.
-Gdzieś ty była Elpida- szepcę przejęty. Przytulam go jeszcze mocniej.
-Przepraszam, jeśli cię zaniepokoiłam, ale wszystko jest dobrze. Jestem tutaj.
Chcę się od niego odsunąć, ale on nadal mocno mnie trzyma. Za mocno! Zaczyna mi brakować powietrza. Rose szczęka jak oszalała. Czuje pazury wbijające się w moje plecy. Kopię, wierzgam i próbuje od niego uciec, ale nie potrafię.
-Nie ładnie uciekać.- Nareszcie zdołałam się od niego odsunąć i krzyknęłam.
W jego oczach ziała pustka zastąpiona światłem. To nie jest Julian. Wyciągam sztylet, który nadal mam przy sobie. Rose dołącza do mnie już w postaci niedźwiedzia.
-Kim jesteś?!- Krzyczę i próbuję ukryć drżenie głosu. On zaczyna się śmiać i w jednej sekundzie zabiera mi sztylet i powala na ziemie. Rose atakuję, ale Julian tylko machnął ręką a Rose poleciała i uderzyła całą siłą o drzewo. Padła nieprzytomna na ziemie.
-Rose!- Krzyczę i próbuję uciec, ale Julian trzyma mnie mocno za nadgarstki. Kopanie też nic nie da. Czuję łzy wściekłości zbierające się w moich oczach.- Czego chcesz?! I kim jesteś?!
Śmieję się jeszcze głośniej.
-Nie poznajesz mnie? A może ci przypomnę?- Pyta się a potem niebezpiecznie przybliża swoje usta do moich. Całuję mnie a ja robię wszystko by się uwolnić. Kończy a ja patrzę na niego z szeroko otwartymi oczami.
-Nie jesteś Julianem! Julian nigdy…
-Jeszcze się nie połapałaś?- Uśmiecha się szelmowsko a ja mam wielką ochotę zmazać mu ten uśmiech z twarzy.- Naprawdę jesteś aż taka głupia?
-Nie rozumiem… O co ci chodzi!-  Jestem całkowicie zmieszana. Co się dzieję?
-Kiedy uciekłaś na Pegazie byłem wściekły. Cały mój plan mógł legnąć w gruzy tylko przez to idiotyczne zwierzę…
-Myślałam, że kochasz Pegaza- mój głos brzmi dziwnie. Julian patrzy na mnie tymi przerażającymi oczami i znów się roześmiał.
-Ja!? Nie. On spadł mi idealnie z nieba. A ty mi uwierzyłaś- bierze jeden z moich kosmyków i zakręca go wokół swojego palca.- Jesteś taka głupiutka. I widzisz nie martwiłem się bardzo o ciebie. Wiedziałem, że wrócisz tutaj, bo jak inaczej miałabyś wrócić do domu, prawda?
To wszystko było pułapką? Nie może być. Nie wierze w to. To wszystko było kłamstwem. Artemida… Ach, czemu nie posłuchałam tej głupiej bogini. Chciałabym sięgnąć do kieszeni, ale nie mam jak. Dziękuję ci za ten gwizdek! Patrzę na niego z cała nienawiścią, jaką teraz to niego czułam.
-Czyli to wszystko było kłamstwem. Bycie prawdziwą Elpidą, pomoc, rodzice. Wszystko?- Mam nadzieję, że chociaż niektóre zaprzeczy. Mylę się.
-Tak. A ty tak łatwo połknęłaś przynętę. Za łatwo…
-Po, co?
Jego oczy rozbłysły. Uśmiech stał się jeszcze szerszy i przerażający. Przybliżył się niebezpiecznie blisko do mnie.
-Bo potrzebuję ofiarę moja droga…
Moje oczy otwierają się jeszcze szerzej. Nie mogę w to uwierzyć. To nie jest Julian.
-Julian, proszę…-szepcę z łzami w oczach. Zamiast jednak mnie puścić jego wargi idą znów do góry. To wszystko idzie za szybko! Proszę niech ktoś mi pomoże!
Nagle strzała wbija się w ramię Juliana, który zaskoczony przetoczył się na bok. Wykorzystuję to i wstaję z ziemi. Patrzę jak Julian wstaję a w jego oczach płonie nienawiść.
-No moja droga. Potrzebujesz może pomocy?
Nigdy nie sądziłam, że ucieszę się na ten głos. Odwracam się i widzę Artemidę. Całą, zdrową i gotową do ataku. Z łukiem w pogotowiu powiedziała coś do swoich łowczyń a chwilę później obok mnie przeleciały złote strzały. Wszystkie wycelowane w Juliana.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zawieszam bloga!!!!

Dział I: Oszukać przeznaczenie

Kilka spraw organizacyjnych.