5. Gotowa? No chyba tak...
Wjeżdżam samochodem na podjazd. Wyłączam silnik i siedzę
nieruchomo. Czemu moje życie tak się potoczyło? Czemu nie mogło być tak jak u
każdej typowej nastolatki?! Teraz powinnam się umawiać z chłopakami, zdawać
testy i jakoś przeżyć. A co ja robię? Spotykam się z chłopakiem, który dawno
nie powinien już żyć, skaczę w przeszłość i rozmawiam z Pegazem. I to jednego
wieczoru! Dotykam czołem kierownicy. Co ja takiego złego robię?! Przypominam
sobie jak podbiegłam do Juliana i pocałowałam go na pożegnanie. I wiecie, co?
Pierwszy raz od kilku dni nie żałuję tego, co zrobiłam...
*
- Skarbie jak było w szkole?
Pomagam mamie nakryć do stołu. Próbuje jednak omijać temat
szkoły, gdyż wiąże się ona z Julianem a on wiąże się z Pegazem a on kojarzy mi
się z przeszłością. A tego... No cóż. Nie chcę pamiętać.
-Jakoś... A jak było w pracy?
-Ciężko. Jestem wykończona.
Moja mama pracuję, jako bibliotekarka. Jednak nie zasługuję
na tę pracę. Stara się, pracuję za trzech i co dostaję? Marne wynagrodzenie i
nic więcej. Często wypominam jej, żeby znalazła sobie jakąś inną robotę. Mówi
wtedy, że nie jest tak źle i kończy temat. Ja jednak wiem, że w ogóle nie jest
dobrze. Kiedyś zapytałam, o czym marzy. Powiedziała, że o własnym domu poza
miastem. Gdzie nie musi się martwić natrętnym sąsiadem, hałasem, smrodem?..
Niczym. Kończymy nakrywać stół, bierzemy obiad i siadamy.
-Eli?-Podnoszę głowę- Gdyby coś złego się działo, to byś mi
powiedziała. Prawda?
-Jasne! Skąd w ogóle pomysł, że mogłoby być inaczej?
-Tak tylko się pytam... Co z tym maratonem?
-Maraton? A ten...- O kurczaki! Zapomniałam całkowicie o
nim! Dzisiaj jest... Odchylam się na krześle i patrzę na kalendarz. Dzisiaj
jest piątek! A maraton jest z soboty na niedziele od 21:00. No cóż... Patrząc
na to z innej strony mam czas- Tak. I co? Załatwiłaś to z mamą Katy?
-Tak. Powiem jednak, że był to trudny orzech do zgryzienia.
Nie chciała w ogóle odpuścić! Jednak po długim zastanowieniu zmieniła zdanie...
-Masz ten talent.
-Chyba tak- zaśmiała się. Uśmiechając się wracam do mojego
dania. Dalej jemy już w ciszy aż nagle słyszę jakiś hałas dochodzący z dachu. Z
mamą patrzymy na sufit. Przez chwilę nic nie słyszymy, ale to znowu się nasila.
-Idę się sprawdzić- mówię i wyciągam latarkę- Pewnie kot
znowu boi się zejść z dachu.
-Uważaj na siebie.
Przytakuję głową i kieruję się na górę.
*
Wchodzę na dach. Na początku nic nie słyszę i nie widzę.
Rozglądam się nadaremno. Świece latarką, ale nic nie rzuca mi się w oczy.
Wzruszam ramionami i już chcę schodzić, gdy słyszę za sobą kroki. Zamieram.
Jeśli to morderca? A ja jestem na dachu! Najlepsze miejsce na zbrodnie! O nie!
Strach coraz bardziej mnie paraliżuje. Kroki stają się coraz wyraźniejsze.
Słyszę je już przy mnie. Nie wytrzymuję i odwracam się gotowa do ataku. Już
podnoszę rękę, ale szybko zostaję obezwładniona. Próbuję się szarpać i krzyczeć,
gdy słyszę znajomy głos.
-Spokojnie to tylko ja.
Odprężam się. Osoba czując to puszcza mnie a ja staję w
twarzą w twarz z Julianem. Uśmiecham się do niego i zarazem uderzam w ramię.
-Nigdy, przenigdy tak nie rób. Jasne?
-Żaden problem. Przyrzekam- posyła mi swój olśniewający
uśmiech a ja powoli topnieję. Zbieram się w sobie i patrzę na niego.
-Co tu robisz? O mało, co ja i moja mama nie dostałyśmy
zawału serca!
-Aż tak? Wiesz, chciałem jak najszybciej załatwić tę sprawę
i ja...
Gwiżdże a potem zjawia się Pegaz w całej swojej okazałości.
Czyli to on tak hałasował. Podchodzi najpierw do Juliana, który głaszczę go po
szyi a potem do mnie. Witam się z nim. Dotykam najpierw jego śnieżnobiałej
grzywy a potem kieruję się w dół. Kręcę małe kółeczka na szyi przeciwnie do
wskazówek zegara. Pegaz opuszcza głowę i stoi nieruchomo. Nie wiem ile czasu
tak robię, ale gdy przestaję Pegaz patrzy na mnie swoimi brązowymi oczami, w
których widzę nadzieję. Patrzę na Juliana a on patrzy na nas jakby widział
dwoje dzieci bawiących się. Uśmiecha się do mnie i znów czuję to uczucie, kiedy
pierwszy raz się spotkaliśmy. Jakbym odnalazła zagubioną część mojego życia.
Czy jest to możliwe, że naprawdę jestem jego Elpidą? Czy naprawdę z nim byłam i
kochałam go? Kieruję mój wzrok na Pegaza. Co ja mam zrobić? I... Chwila! Czy
Julian powiedział, że chcę już wyruszyć w tą podróż?!
-Ty chcesz już wyruszać? TERAZ?! -Krzyczę- Przecież nie
jestem na to przygotowana!
-Wiem, ale wysłuchaj mnie...
-Nie mogę jechać. Mam jeszcze wiele do załatwienia! Na
przykład...
Julian daję mi rękę na usta uciszając mnie tym sposobem.
-Daj mi skończyć. Strasznie dużo mówisz. Tak?-Przytakuję
głową- Dobra. Jak może już zauważyłaś, gdy wróciłaś z przeszłości czas się nie zmienił?
Prawda?-Kiwam głową- No właśnie! Gdy skaczesz w przeszłość lub przyszłość w
twoich ówczesnych czasach, czas się zatrzymuję. Więc nic się nie stanie. A
jeśli...
-A co jeśli będę długo w przeszłości i zapomną mnie? Albo
skutki tego zatrzymania czasu będą nieodwracalne? Albo...
Pegaz wydał kilka dziwnych chrząknięć a Julian przytaknął
głową.
-Pegaz mówi, że jest taka możliwość- tłumaczy. Patrzę na
niego w niemym geście "A nie mówiłam?"- Ale jeśli będziesz tam tylko
określony czas to nic się nie zdarzy.
-Jaki to czas?
-Tydzień.
-Tydzień?!
-Zawsze możemy wracać. Proszę. Im szybciej to zrobimy tym
szybciej się mnie pozbędziesz.
Patrzę na niego niedowierzając. On naprawdę myśli, że ja
chcę się go pozbyć? Czemu?.. Próbuję coś odpowiedzieć, kiedy słyszę z dołu
wołanie. Pokazuję Julianowi by nic nie mówił a sama krzyczę.
-Tak mamo! O co chodzi?
-Wszystko dobrze? Mam iść po ciebie?
-Nie!-Jeszcze tego brakowało- Nie trzeba już schodzę!
Julian patrzy na mnie zdziwiony. Odpowiadam mu wzruszeniem
ramion i wyrazem twarzy "No, co ja zrobię?"
-Dobrze. Czekam- krzyczy mama i nic więcej już nie słyszę.
Kieruję się do wyjścia, ale Julian mnie zatrzymuję.
-Hej! A co z...
-Nie wiem! Nie mam teraz czasu na takie bzdety. Naprawdę.
-To jest ważne!-Mówi oburzony. Wzdycham. Jestem powoli
zmęczona i zła. Zanim pomyślałam, znowu, powiedziałam do niego.
-Skoro tak bardzo chcesz ze mną to przedyskutować to chodź
do środka. Zapraszam.
Julian wzrusza ramionami. Podchodzi do Pegaza. Szepce mu coś
do ucha a wierzchowiec podbiega do mnie i trąca mnie pyskiem. Głaszczę go o on
po dłuższej chwili odlatuję. Zanim zareagowałam Julian już wchodził do mojego
domu.
-Hej! Co ty robisz!?
Pytam się go po drodze. Zatrzymuję się nagle i spojrzał na
mnie.
-Jak to? Przecież mnie zaprosiłaś.
-To był żart!
-Cóż... I tak muszę z tobą porozmawiać a poza tym z radością
poznam twoją mamę.
Idzie dalej a ja stoję nie mogąc wydać z siebie żadnego
sensownego dźwięku. Czemu on musi mi tak utrudniać życie? Wściekła biegnę by go
prześcignąć i jako pierwsza wbiec do kuchni gdzie jest mama. Przed drzwiami
zatrzymuję się. Boję się. Jak mama zareaguję? Źle czy dobrze? Julian daje swoją
dłoń na moją, którą trzymałam na klamce. Szepce mi do ucha słowa, które do
końca życia będą się mnie trzymać. "Boisz się?" Po namyśle i po kilku
wdechach patrzę w jego śliczne, zielone oczy i odpowiadam.
-Nie.
I razem wchodzimy do kuchni
*
-Mamo to jest Julian. Julian to jest moja mama- czuję się
jakbym rozbrajała dwie tykające bomby, które lada moment mogą wybuchnąć.
Chciałam mieć to jak najszybciej z głowy. Jednak po chwili widzę, że nie jest
tak źle. Julian używa swojego uroku i czaruję moją mamę. Muszę przyznać nieźle
mu to idzie. Mama stoi zafascynowana i pełna podziwu. Gdy Julian odchodzi
podchodzi do mnie i szepczę mi na ucho.
-Córuś, powiedz gdzie tyś go znalazła?!- Zerkam na niego i
patrzę okiem mojej mamy. Wysoki, wysportowany, mądry i kulturalny. Do tego ten
uśmiech! Gdyby był z moich czasów od razu bym się z nim umówiła bez
zastanowienia. Przecież Juliana tak czy siak będę musiała pożegnać...
-Wiesz mamo? To raczej on mnie znalazł.
Mama kiwa głową i odchodzi by pozmywać naczynia.
Wykorzystuję to by wyjść z kuchni i porozmawiać z Julianem, ale on ma
najwyraźniej odmienne zdanie. Podchodzi do mamy i pomaga jej. Staram się jak
mogę, by nie pokazać tego po mnie, że uważam go po prostu za idealnego. Co mi
pozostaję? Idę również im pomóc. Po pięciu minutach wszystko jest umyte a ja
zabieram Juliana do mojego pokoju.
-Musiałeś to zrobić?!-Mówię, gdy zamykam drzwi-, Czemu
jesteś no... TAKI!
-Taki? Znaczy, jaki?
-No wiesz? Taki idealny! Taki po prostu... Z książki!
-Z książki?
-Tak! Tam zawsze są tacy chłopcy, przy których każda
dziewczyna mdleję. W skrócie taki ty.
-Yhm...-Przytakuję i odwraca głowę. Zauważam, że patrzy na
książkę i minimalnie mruży oczy. I dociera do mnie, że przecież on nie potrafi
czytać!
-Ty nie czytasz!- Patrzy na mnie ze złością, ale to szybko
mija. Przytakuję głową. Biedny! Ja nie wyobrażam sobie dnia bez książki a co
dopiero sytuacje, w której nie mogę czytać! Koszmar- To, jakim cudem jesteś tak
dobry w tym wszystkim?
-No wiesz, użyłem tej mojej magii, żeby trochę nagiąć
rzeczywistość.
-Mi jakoś tłumaczyłeś.
-Tak, bo czytałaś. Ja to potrafię rozwiązać, tylko nie
czytać.
Łał. On nie potrafi
czytać a jest lepszy ode mnie. Przeczesuję włosy by się skupić. Nie wiem, czemu,
ale to mnie odprężało. Spięłam się i powiedziałam.
-Okej. Mówiłeś, że chcesz szybko wyruszyć, tak?-Przytakuję
głową- Dobrze. I to nic nie zmieni w moim świecie, jeśli będę tam przez
tydzień?
-Tak, będziesz miała tylko wspomnienia.
-Rozumiem. Może jutro? Jest sobota i w ogóle. A miałam jutro
iść na maraton filmowy. Szkoda.
-Nic cię nie ominie! Przecież czas się zatrzyma.
-Racja. Dobra. Rano, kiedy mama wyjedzie do pracy...
-To znaczy, że się zgadzasz na sto procent?!- Julian zrywa
się na równe nogi i patrzy na mnie. Niepewnie kiwam głową i uśmiecham się. A on
nagle podbiega do mnie i chwyta w swoje ramiona. Podnosi i zaczyna kręcić.
Śmieję się szczerze. Krzyczę do niego by przestał, ale on i tak mnie nie
słucha. Gdy postawia mnie znów na ziemie patrzymy na siebie. Julian powoli daję
mi rękę na policzku przybliżając mnie do siebie. Patrzę na niego niczego nie
rozumiejąc. Jego usta zbliżają się do moich a ja nie mam pojęcia, co robić.
Mózg zaczyna wariować. Wymyśla przeróżne scenariusze i wszystkie takie bzdety a
serce mówi tylko "Po prostu zamknij oczy" Postanawiam posłuchać serca.
Zamykam oczy. Jednak nie mogę tego zrobić. Coś, nie wiem dokładnie, co, mnie
powstrzymuję. I choćbym nie wiem jakbym chciała go pocałować
(a wierzcie marzę o tym!) Nie potrafię tego zrobić.
Delikatnie kładę swoje dłonie na jego torsie i odpycham. Wydaję się zdziwiony i
chcę coś powiedzieć, ale widzi moją zapłakaną twarz.
-Ty wcale mnie nie
kochasz...-Szepcze. Nie chcę płakać. Nie jestem takim słabeuszem.
-Naprawdę cię kocham...
-Nie! Kochasz tamtą Elpide! I to ci się wydaję! Zrozum
jednak, że ja się nie zmienię! Jestem taka, jaka jestem i wybacz, ale...
Julian, który słuchał mnie i trzymał mocno zaciśnięte
pięści, nie wytrzymał. Podszedł do mnie i pocałował mnie pomimo moich
protestów. Pocałunek był delikatny, jakby nie chciał mnie wystraszyć, ale
jednak dawał do zrozumienia, że coś do mnie czuję. Potrzebowałam całej swojej
siły woli, żeby nie zarzucić mu rąk na szyję i nie oddać tego pocałunku (a TO
NAPRAWDĘ było trudne!). Tak jakbyś była na diecie a ktoś postawia przed tobą
tacę z twoimi ulubionymi cukierkami. Pocałunek się skończył a Julian odszedł
kilka kroków ode mnie, bym mogła odetchnąć, ale powiedział.
-Jeśli myślisz, że pokochałbym tylko tamtą Elpide jesteś w
błędzie. Nawet jakbyś nie wiem jak się zmieniła, w charakterze, w wyglądzie w
czymkolwiek! Ja i tak cię kocham... Na tym chyba polega miłość.
Słabo przytakuję głową. To dla mnie za dużo. Wystarczy, że
zgodziłam się na ten skok w przeszłość, nie musi mi tego utrudniać. Siadam na
łóżko i gestem pokazuję mu by usiadł obok mnie.
-Julian. Nie zrozum mnie źle, ale daj mi chwilę, Okej? To za
dużo jak na mój stan psychiczny i jeśli chcesz mnie widzieć tu a nie w
szpitalu, to proszę, daj mi czas.
Chwilę rozważa moje słowa a ja czekam na werdykt. Wreszcie
podnosi głowę i bierze mnie za ręce.
-Jeśli tylko tego sobie życzysz to spełnię to z wielką
chęcią- powoli się uśmiecha a ja nieśmiało też próbuję.
-Obiecujesz?- Rozprostowuje swoją dłoń a Julian złącza
palcami ze swoją.
-Obiecuję.
*
Kierujemy się do kuchni. Mama czyta przy stole jakąś książkę
i słucha radio lecącego gdzieś w tle.
-Mamo...- Podnosi głowę i uśmiecha się szeroko na nasz
widok- Julian już musi iść do domu, więc...
-Przecież jest piekielnie ciemno! I pada na dodatek!
-Nieprawda...-Nagle niebo rozdziera błyskawica i zaczyna
lać- Och... A jednak pada.
-Do tego jest jakaś dwudziesta druga!
-Wiem mamo, ale On da sobie radę.
-Nie! Nie pozwolę byś teraz wracał do domu! Możesz
zostaniesz tutaj? Jeśli oczywiście ci to nie przeszkadza!
-Ależ skąd-Julian uśmiecha się a ja patrzę to na niego to na
moją rodzicielkę.
-Mamo? Skąd ten pomysł?
-To wspaniały chłopak. Taki cud chłopak. Nie dam mu się
przeziębić. Poza tym trzeba mu podziękować za udzielone korepetycje. Nie
sądzisz?
-A, w co się przebierze?
-Coś się wymyśli.
Bezradna opuszczam ręce. I co ja mam zrobić? On? W moim
domu? Na noc? Co jeszcze? Jednak... Łatwiej będzie nam jutro wyruszyć... Po
dłuższej chwili pomagam mamie przygotować materac w moim pokoju. W roli
ścisłości. Mój pokój jest największym w całym domu. Chociaż to dom to mamy
zaledwie cztery pokoje, z czego jeden to kuchnia, drugi łazienka, trzeci duży
pokój a czwarty mój pokój. Mama mówiła, że nie potrzebuję wolnej przestrzeni a
ja na pewno. Miała rację. Jak już mówiłam wcześniej mam bardzo mały dom? Parter
z tymi prawie wszystkimi pokojami, i strych gdzie mieści się też i mój pokój.
Mamy prosty dach, co tłumaczy, dlaczego w ogóle Pegaz mógł się tam dostać.
Wracając do tematu, gdy przygotowałam posłanie pobiegłam do łazienki. Szybko
umyłam siebie i włosy na jutro. Wykręcam je ręcznikiem i ubieram piżamę. Dla
mojego komfortu zakładam stanik na noc. Rozczesuję moje mokre włosy, które są
teraz proste jak drut. Myję zęby i wchodzę do pokoju. Po drodze widzę Juliana
zmierzającego do łazienki. W dłoni trzymał zwykłą koszulę i szorty. Zatrzymuję
się. Skąd on je wytrzasnął? Podchodzę do mamy i pytam się jak wyczarowała
ubranie.
-Nie wyczarowałam. Pamiętasz swojego kuzyna Jacka?- Nie
trzeba przypominać. Nienawidzę go całym moim sercem! Zawsze jak przyjeżdżał
popychał mnie i śmiał się, kiedy upadałam. Nigdy mu tego nie zapomnę. Kiwam
jednak głową- No właśnie. Wiesz, że jest pokaźnej budowy, prawda? No, więc dwa
miesiące temu, przy ostatniej wizycie zostawił worek ubrań, które miałam dać na
fundację.
-Czyli Julian ma ubranie Jacka na sobie? Fuj...
-Spokojnie pięć razy to wszystko prałam. Myślisz, że dałabym
takie, normalnie fundacji? Nigdy. Najgorsze dla Juliana to będzie zapach... Różany.
Nie mogę się powstrzymać i mimowolnie się śmieję. Żegnam się
z mamą i biegnę do pokoju. Wpadam i widzę Juliana suszącego sobie mokre włosy
ręcznikiem a stoi bez koszulki. Udaję, że nie robi to na mnie większego
wrażenia i wchodzę do łóżka. Kładę się, ale napotykam na coś twardego. Wyciągam
i widzę książkę. Jest to "Mitologia" Parandowskiego. No lepiej nie
mogłam trafić!
-Julian!-Odwraca się zdziwiony, zakładając przy okazji
-T-shirt. Pokazuję mu książkę i się uśmiecham- Patrz! "Mitologia"!
-Eli... Wiesz przecież, że nie potrafię czytać.
-Wiem! Ja natomiast tak! To jest właśnie książka o greckich
bogach i herosach! Tylko niedokładna. Wiesz nikt nie wie jak tam było. Więc się
nie gniewaj, jeśli coś będzie nie tak. Okej?
-Czemu nie. Z miłą chęcią.
-To chodź obok mnie.
Julian posłusznie siada obok mnie. Potem niespodziewanie
zakrywa nas kołdrą. Uśmiecham się i zaczynam czytać a wszystko inne wokół traci
sens. Liczy się tylko ja, książka i Julian...
*
-Eli! Śniadanie!
Mrugam by przepędzić mroczki sprzed oczu. Jestem ledwo żywa.
Coś tam odpowiadam mamię. Coś w stylu " Już mamo!", Ale nie wiem czy
przypadkiem nie wyszło to w stylu "Yhm..." Mama jednak zrozumiała i
dalej poszła się zbierać do pracy. Jeszcze na wpół żywa przeciągam nogi i
ziewam. Jest mi tak przyjemnie. Zakrywam się szczelniej kołdrą i wdycham zapach
poduszki. Jest to przyjemny męski zapach... Chwila! Odwracam głowę i wiem już,
że nie śpię wcale na poduszce. Patrzę do góry i widzę Juliana... Nagle się
budzę i widzę wszytko hiper dokładnie. Leże dokładnie pod jego ramieniem a on
mnie obejmuję tak, że spokojnie mogę się w niego wtulać. Jak do tego doszło?
Zerkam na niego i zamieram. Jest taki słodki, gdy śpi. Taki spokojny. Odgarniam
mu kosmyk włosów z twarzy. Nie wiem, co robić. Czy nie powinnam odczuwać
jakiegoś dyskomfortu? Lub coś w tym stylu? Po dłuższym czasie rozumiem, że
muszę wstać na śniadanie. Zaczynam się wiercić i chwilę później budzę Juliana.
Otwiera zaspane oczy i gdy mnie widzi przy sobie na jego twarzy gości szczery
uśmiech, którego w ogóle u niego nie widziałam.
-Καλημέρα, γλυκέ μου.
-Co powiedziałeś?
Julian nagle podskakuję i patrzy na mnie ze zdziwieniem.
Szybko jednak się opanowuję. Przeciera oczy a potem rozciąga się. Postanawiam
wstać a potem na podłodze widzę książkę. I wszystko mi się przypomniało.
Czytałam mu wczoraj do późna mity, a gdy byłam wykończona po prostu oparłam się
o jego bark i zasnęłam. Jednak jestem coraz bardziej ciekawa, co on powiedział.
-Julian? Co ty przed chwilą powiedziałeś?
Specjalnie odwracał ode mnie wzrok. Gdy przemówił nie
wierzyłam mu.
-Powiedziałem po grecku, dzień dobry. Serio.
Uśmiechnął się do mnie, ale nie tym uśmiechem, kiedy się
obudził tylko tym zwyczajnym, a potem poszedł do łazienki. Nie wierzyłam mu. To
musiało coś oznaczać. Tylko, co?
*
-Pa mamo? Będę tęsknić- wyjątkowo zbyt długo przytulałam się
do mamy, ale to, dlatego, że jest możliwość, że w ogóle nigdy już nie wrócę do
domu! Chciałam się z nią pożegnać przed wszystkim, co mnie czeka. Wreszcie ją
puszczam i patrzę jak odjeżdża w kierunku pracy. Gdy zniknęła mi z pola
widzenia, nagle znikąd wylądował przed nami Pegaz. Zarżał na powitanie.
Pogłaskałam go i poszłam się spakować. Po tej całej scence mało rozmawiałam z
Julianem. Czy się obraził? Nie wiem. Pakuję najpotrzebniejsze rzeczy takie jak
apteczka, jedzenie, woda, dużo wody i ubrania. Gotowa materialnie, ale nie
psychicznie wychodzę i podchodzę do Juliana. Myślałam, że będzie nadal na mnie
zły, ale on zamiast tego uśmiechnął się pocieszająco.
-Co robimy?-Pytam, dzień po prostu jest śliczny! Słońce
przyjemnie grzeje moją twarz a ptaki sobie śpiewają. Aż szkoda skakać w przeszłość.
Chociaż jest w pół do siódmej jest już ciepło i przyjemnie.
-Dogadam jeszcze ostatnie szczegóły z Pegazem i możemy lecieć.
Mówi coś do Pegaza po grecku, z czego nic nie rozumiem a
Pegaz odpowiada dziwnymi chrząknięciami. Po jakiś pięciu minutach byliśmy
gotowi. Chyba...
-Dobra-podszedł do mnie Julian i objął mnie w pasie. Byłam
tak zestresowana, że nie zwróciłam na to, zbytnio uwagi. Nieoczekiwanie
pochylił się i szepnął mi do ucha- Dziękuję ci bardzo, że mi pomagasz. To wiele
dla mnie znaczy.
-Żaden problem.
I razem idziemy w kierunku Pegaza. Myślę jeszcze o ucieczce.
(Nie myślcie, że nie rozważałam tej opcji. Co to to nie?)Boję
się. Naprawdę się boję, ale nie tak jak przed pójściem do dentysty. Stajemy
przed stworzeniem, które miało zaraz nas przenieść w nieznany mi świat. Biorę
głęboki wdech. Dam radę!
Krzywdzić. Ja mu ufam...
-Gotowa?- Pyta się mnie Julian. Na pewno gdybym powiedziała
"nie" to by mnie zostawił w spokoju i przeszedł, kiedy indziej, ale
tak czy siak trzeba będzie to załatwić. Wiem też, że nie pozwoli mnie s
-No chyba tak...
I świat zaczął się kręcić a ja razem z Julianem wpadliśmy w
wir...
Dziękuję bardzo za przeczytanie
kolejnego rozdziału. Mam nadzieję, że wam się spodoba jeśli nie to piszcie. W
tekście pojawiły się słowa po grecku. Oznaczają one nic innego jak "Dzień
dobry, kochanie" ;) Pozdrawiam.

Uwielbiam <3 Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Julian... och, on jest cudowny. Pisz dalej i to szybko :)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że postać się spodobała. Staram się ;)
UsuńBardzo szybko i przyjemnie mi sie to czyta. Czekam na więcej i życzę duzo weny ;)
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
OdpowiedzUsuń